Demografia: problem, którego nie widać, a od którego zależy wszystko!
Bez ideologii – fakty, które trzeba usłyszeć
Wstęp osobisty
Jestem ojcem trójki dzieci i wiem, czym jest rodzicielstwo. Nie z książek czy podcastów, ale z codziennej praktyki. Wiem, ile to kosztuje: wysiłku, czasu, nieprzespanych nocy, kompromisów. Ale wiem też, że nie ma nic cenniejszego niż rodzina. Jeszcze niedawno to był truizm, coś oczywistego i nienegocjowalnego. Dziś coraz częściej łapię się na tym, że otwieram szeroko oczy ze zdumienia, słuchając, co na temat rodziny i ojcostwa mówią młodzi ludzie wchodzący w dorosłość. Ale i starsi nie są tu bez winy.
Od ponad roku z rosnącym niepokojem śledzę to, jak media podejmują temat kryzysu demograficznego. Niestety sposób, w jaki się go tam przedstawia, jest rozczarowujący. Dominują powielane frazesy, kalki myślowe, puste slogany. Teksty, nawet w poważnych tytułach, nie wychodzą poza banał i szokujący nagłówek. Brakuje pogłębienia, analizy, próby zrozumienia, co naprawdę się dzieje i co nas czeka.
Poważną i merytoryczną odpowiedź znalazłem dopiero w książce Demografia jest przyszłością Mateusza Łakomego i w raportach Instytutu Pokolenia. To one dały mi nie tylko wiedzę, ale też język, by zacząć nazywać to, co wcześniej przeczuwałem. Na ich podstawie oraz na bazie własnych obserwacji i doświadczeń postanowiłem stworzyć ten cykl.
Nie będzie tu ideologii. Nie będzie moralizowania. Będzie rzeczowo, ostro, momentami boleśnie, ale zawsze uczciwie. W imię jednej wartości: prawdy o przyszłości, która już się zaczęła.
W temat demografii wkroczyła polityka, ideologia i propaganda. Media, z jednej strony zdemokratyzowane, z drugiej zdominowane przez wpływowe ośrodki finansowe i polityczne, coraz częściej narzucają negatywną narrację, która trafia do młodych ludzi podskórnie i między wierszami. A młode pokolenie, nieprzygotowane do krytycznego myślenia, przyjmuje to bezrefleksyjnie. Tym bardziej potrzeba dzisiaj głosu, który nie będzie kalkulował, tylko nazwie rzeczy po imieniu.
Temat demografii przyciąga mnie coraz mocniej. Im bardziej się w niego zagłębiam, tym bardziej jestem przekonany, że to właśnie tu bije źródło naszych cywilizacyjnych kłopotów. Potrzebowałem to wszystko uporządkować. Zebrać dane, raporty, rozmowy, doświadczenia i przemyślenia w jedną, zwartą formę.
Tak powstał ten sześcioczęściowy cykl. Będzie w nim trochę statystyki, trochę osobistych refleksji, ale przede wszystkim próba zrozumienia, jak wielowymiarowy i jak bliski nam wszystkim jest temat dzietności. I dlaczego nie możemy już dłużej udawać, że nas nie dotyczy.
Nie chcę się rozwlekać. Zależy mi na zwartej, zrozumiałej formie. Teksty będą pojawiać się co kilka dni. Jeśli dotrą do choćby garstki i coś w nich zakiełkuje, to już będzie sukces.
Jeśli chcesz mieć pewność, że żaden z tekstów Cię nie ominie, możesz dodać swój adres do newslettera. Wtedy dostaniesz je bezpośrednio na skrzynkę mailową.
Polecam to rozwiązanie.
Część 1: Geneza obecnej sytuacji demograficznej w Polsce i Europie
Od lat przyglądamy się polityce, gospodarce, kulturze, wojnie w Ukrainie, kryzysom klimatycznym czy technologicznym. Tymczasem najpoważniejsza zmiana, która toczy się na naszych oczach, odbywa się w ciszy. Bez protestów, bez debat telewizyjnych, bez emocjonalnych starć w mediach społecznościowych. Tym problemem jest demografia.
To nie ideologia. To nie "lewicowy spisek" ani "konserwatywna histeria". To liczby. To proces, który już trwa i którego skutki będą miały charakter nieodwracalny przez pokolenia.
Stan demografii Polski: dane, trendy i prognozy
Zacznijmy od faktów. W 2023 roku współczynnik dzietności (TFR , Total Fertility Rate) w Polsce wyniósł około 1,2. Oznacza to, że przeciętna kobieta w wieku rozrodczym rodzi nieco ponad jedno dziecko. Tymczasem by społeczeństwo mogło się odtwarzać, potrzebny jest poziom co najmniej 2,1. To przepaść.
Już dziś statystyki są alarmujące: każdego roku więcej Polaków umiera niż się rodzi. Na 100 nowo narodzonych dzieci przypada już ponad 120 zgonów. Trend jest jednoznaczny i długofalowy. Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego oraz ONZ, do końca XXI wieku liczba ludności Polski może spaść nawet do 30 milionów. Ale nie chodzi tylko o liczby, chodzi o strukturę.
Z każdym rokiem rośnie odsetek osób starszych. Już teraz osoby powyżej 65. roku życia stanowią ponad 20% społeczeństwa. W kolejnych dekadach będzie ich jeszcze więcej. Starzenie się społeczeństwa oznacza nie tylko większe wydatki na opiekę zdrowotną i emerytury, ale też spadek innowacyjności, elastyczności gospodarki i zdolności adaptacyjnych państwa.
Polska na tle Europy
Polska nie jest wyjątkiem, choć niestety jest przypadkiem skrajnym. Współczynnik TFR w Czechach oscyluje wokół 1,8, we Francji, ok. 1,7. Węgry po licznych reformach (łącznie z ulgami podatkowymi dla rodzin wielodzietnych i darmowym kredytem dla młodych małżeństw) odbiły się lekko powyżej 1,5. Niemcy, choć jeszcze niedawno znajdowali się na demograficznym dnie, obecnie utrzymują się powyżej 1,4.
Polska jest na końcu europejskiego peletonu. Problem polega jednak na tym, że cały peleton jedzie w złym kierunku. Cała Europa się starzeje. I w większości krajów Unii Europejskiej brak jest spójnej, długofalowej polityki wspierającej rodziny i dzietność.
Wielkie wymieranie społeczeństw rozwiniętych, bez patosu
Mówienie o „wymieraniu” może brzmieć jak przesada, ale to tylko kwestia skali czasu. W ciągu dwóch-trzech pokoleń wiele narodów Europy może realnie zmniejszyć swoją liczebność o 30 - 40%, a ich społeczeństwa staną się „ciężkie”, z przewagą seniorów, których nikt nie będzie miał siły ani środków utrzymać.
Nie chodzi tu o dramatyzowanie. Chodzi o wskazanie faktów. Dzietność w Japonii spadła do 1,3 już w latach 90., a obecnie zbliża się do 1,0. Japonia wyludnia się mimo rozwoju gospodarczego, wysokiego poziomu życia i edukacji. W Korei Południowej TFR wynosi dziś 0,72, to najniższy wskaźnik na świecie. I mimo miliardowych programów wsparcia dla rodzin, trendu nie da się zatrzymać.
Europa idzie tą samą ścieżką. Spokojnie, cicho, racjonalnie. I właśnie dlatego, śmiertelnie skutecznie.
Młode społeczeństwo to nie kaprys, to warunek rozwoju
Dlaczego dzietność jest tak ważna? Bo młodzi ludzie to nie tylko przyszli podatnicy. To obecni konsumenci, twórcy, innowatorzy. To siła napędowa rynku mieszkaniowego, edukacji, rozwoju technologii. To fundament cywilizacji.
Kiedy dominują emeryci, system zaczyna się zapadać:
rynek pracy się kurczy,
gospodarka traci dynamikę,
emerytury stają się coraz większym obciążeniem,
służba zdrowia nie nadąża,
państwo traci strategiczną zdolność do reagowania na kryzysy.
Długie trzęsienie ziemi
Demografowie nazywają to zjawisko demograficznym długim trzęsieniem ziemi. To powolny, ale nieustanny wstrząs, który przesuwa fundamenty społeczeństwa.
Nie widać go na co dzień. Nie pojawia się na pierwszych stronach gazet. Ale każdego roku, każdego miesiąca, każdego dnia, małe przesunięcia, które w perspektywie dekady zmieniają wszystko: kto płaci podatki, kto opiekuje się starszymi, kto pracuje, kto rodzi, kto głosuje.
Nie da się tego procesu zatrzymać z dnia na dzień. Ale można go zrozumieć. A zrozumienie jest pierwszym krokiem do działania.
Przypomnijmy, że Polska znajduje się wśród krajów o najniższym wskaźniku dzietności w Europie (!). W 2023 roku wskaźnik TFR (Total Fertility Rate), czyli przeciętna liczba dzieci przypadających na jedną kobietę, wyniósł ok. 1,2. To znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (2,1). Dla porównania: Czechy zbliżają się do poziomu 1,8, a Francja utrzymuje się powyżej 1,7.
Dla laika te dane mogą wydawać się abstrakcyjne, ale oznaczają tyle: jeśli trend się utrzyma, Polska będzie się wyludniać, starzeć i ubożeć.
Europa pod ścianą
To nie tylko polski problem. Włochy, Niemcy, Hiszpania, Portugalia, Grecja, wszystkie te kraje znajdują się w podobnej sytuacji. Średni współczynnik dzietności dla UE wynosi obecnie 1,46 i nadal spada. Europa nie ma dzieci. Europa się starzeje. Europa oddaje swój potencjał przyszłości.
Nie wystarczy importować siły roboczej. Nie da się "zasypać" deficytu demograficznego migracją bez zmiany społecznej struktury państw i kultury. Nie wystarczy "zatrudnić" kogoś do rodzenia dzieci. To nie jest dziura w budżeciku do załatania transferem.
Młodzi, czyli wartość strategiczna
Społeczeństwo rozwija się wtedy, kiedy ma kto pracować, tworzyć, rodzić, ryzykować, budować. Wiek produkcyjny nie jest przypadkiem, to biologiczna, ekonomiczna i kulturowa dźwignia cywilizacji. Młodzi ludzie to nie tylko "przyszłość kraju", to jego aktualna zdolność do ruchu.
Jeśli w populacji przeważają emeryci, nie da się utrzymać ani systemu ochrony zdrowia, ani emerytur, ani tempa rozwoju. Praca jednej osoby będzie musiała utrzymać dwoje, troje niepracujących. To prosta matematyka. I żadne hasło tego nie przeskoczy.
Dlaczego ten temat jest niewidzialny?
Bo rozkład odbywa się powoli. Bo nie ma jednej daty, jednego wydarzenia, jednego ministra, któremu można by to przypisać. Bo brak dzieci nie krzyczy. Nie pojawia się na TikToku, nie wychodzi na ulicę. Ale jego skutki są nieuniknione. I dramatycznie konkretnie odczuwalne.
Mój osobisty komentarz
I teraz, po tej podstawowej lekturze danych, zastanówmy się, czy to ma sens. Czy wyświechtane słowo "polityka prorodzinna" nie powinno pojawiać się codziennie w przestrzeni publicznej? Czy my jako społeczeństwo jesteśmy gotowi na zmiany, które nadejdą już niedługo, jeszcze za mojego życia (mam 46 lat)!
Czy z tej perspektywy brak działań ze strony państwa, brak mądrej i potrzebnej narracji, która przebijałaby się przez media, nie jest formą cichego samobójstwa nas wszystkich? Czy jesteśmy świadkami powolnej dystopii naszego świata, a szerzej: naszej europejskiej cywilizacji?
Pytania może brzmią górnolotnie, ale warto je sobie zaśpiewać. Albo choć zanucić.
Jeśli ten tekst trafił do Ciebie i widzisz sens w tym, by mówić o demografii jasno, rzeczowo i bez ideologicznych filtrów, to zapisz się do newslettera. Dzięki temu kolejne części cyklu trafią bezpośrednio na Twoją skrzynkę.
W kolejnej odsłonie: przyczyny niskiej dzietności w Polsce. Skąd się bierze ta niechęć do zakładania rodzin? Co mówi o tym kultura, co mówią dane, a co mówi nasze milczenie?
Do zobaczenia w części drugiej.


