Wiking i Ojciec
Czasem mam wrażenie, że współczesny mężczyzna to człowiek, który wciąż gra w grę, której zasad już nie pamięta. Zagubiony w gąszczu sprzecznych oczekiwań, nie wie już, w co wierzyć, ani czy jego naturalna siła jest cnotą, czy może zagrożeniem, które należy pacyfikować. Stoi w rozkroku, niepewny, czy okazywanie wrażliwości będzie odczytane jako akt najwyższej odwagi, czy dowód słabości, która go dyskwalifikuje.
A jednak, mimo tej dezorientacji, gdzieś pod skórą pulsuje w nim coś, czego nie da się zagłuszyć kolejnym kursem rozwoju osobistego ani coachingową nowomową. To głos pierwotnej tożsamości, która nie mieści się w ciasnym, popkulturowym pudełku. Aby go usłyszeć, trzeba spojrzeć na męskość nie jak na problem do rozwiązania, ale jak na siłę, która od zawsze balansuje między toporem a kołyską.
Wyobrażam sobie archetypicznego Wikinga, który po bitwie wraca do domu. Odkłada miecz, siada przy ogniu i bierze dziecko na kolana, by śpiewać mu o poległych towarzyszach. Ten obraz nie ma nic wspólnego z toksyczną karykaturą twardziela. To mężczyzna, który nie musi udawać, bo wie, że jego siła nie służy jemu samemu, lecz wspólnocie. Rozumie, że jego imię przetrwa tylko dzięki wierności braterstwu, ziemi i danemu słowu. To męskość, która nie potrzebuje maski, by zachować godność; potrafi płakać po stracie przyjaciela, ale nie odwraca się plecami, gdy trzeba walczyć dalej.
Tę samą surową prawdę, choć ubraną w inne szaty, niósł Jesper Juul – terapeuta, który nie potrzebował oręża, by jego słowa cięły głębiej niż stal. Przekonywał, że ojciec nie musi być nieomylnym monumentem, lecz człowiekiem z krwi i kości. Autentyczność postawił ponad autorytetem. Według tej definicji męska odwaga to także zdolność do powiedzenia „nie wiem”, „boję się” czy „przepraszam”. To gotowość do zrzucenia pancerza i szukania odpowiedzi razem z dzieckiem, zamiast narzucania ich z góry. Juul, podobnie jak ów wojownik przy ogniu, przywrócił mężczyznom prawo do integracji sprzeczności: siły i czułości, stanowczości i łagodności.
Dlaczego więc dzisiaj tak wielu z nas czuje się zbędnych, a syndrom wiecznego chłopca staje się plagą? Być może to cena, jaką płacimy za kulturę, która z ojcostwa uczyniła temat do żartów, a męskość sprowadziła do patologii. W świecie wyzutym z rytuałów przejścia i pozbawionym autentycznych przewodników, mężczyźni błądzą. Żyjemy w społeczeństwie atomów, gdzie zanik poczucia wspólnoty sprawia, że ostatecznie każdy z nas zostaje sam.
Wydaje się, że istnieją dwie drogi, ale w rzeczywistości cel jest jeden. Zarówno etos wojownika, jak i humanistyczne podejście Juula uczą nas tego samego: męskość to służba. To nie dominacja, nie ucieczka w używki czy gry, ani nie teatralne gesty. To służba rodzinie i wartościom. Prawdziwe przywództwo nie wynika z pozycji siły, ale z ciężaru wziętej na barki odpowiedzialności.
Czy da się to odzyskać? Tak, ale nie drogą na skróty. Nie przez budowanie osobistego „brandu” w mediach społecznościowych, ale przez mozolne budowanie domu – w sensie fizycznym i emocjonalnym. Odzyskanie męskości wymaga rezygnacji z udawania kogoś, kim się nie jest, i przyznania się do własnej niepewności. Mężczyzna kompletny to ten, który nie ucieka, ani przed światem, ani przed bliskimi, ani przed bólem. Nie potrzebuje maski, bo zrozumiał, że najgłębsza przygoda życia zaczyna się w momencie, gdy przestajesz grać i zaczynasz być. Obecny, gdy inni znikają. Bo męskość to ostatecznie nie forma, lecz treść.


